wtorek, 13 października 2015

Wszystkich Świętych 4/4

Niedziela, 1 listopada

– Kasiu, przyniosłabyś z kuchni jakiś napój? – rodzina siedziała przy stole, ale nikt już nie pamiętał o przepysznych zrazikach z buraczkami, którymi jeszcze godzinę temu wszyscy się zachwycali. Czy prawdziwy familijny obiad może skończyć się inaczej niż seansem przed szklanym ekranem? Te same wiadomości, które słyszeli już parę razy tego dnia, nadal wymagały nabożnego skupienia. Akcja znicz, gaz z Rosji, prognozy na temat wejścia do strefy euro. Ileż razy można wałkować to samo? Kasia z radością wstała od stołu. "Jak będę dorosła, to nie będę miała w domu żadnego telewizora" – uśmiechnęła się do swojej myśli.

Przechodząc koło tablicy z napisem "Zadzwonić do Halinki" i trzydziestoma czterema kwiatkami przystanęła i narysowała jeszcze jeden. Chwyciła grubą dwulitrową butelkę pomarańczowo-żółtego napoju, ale zamiast wrócić do jadalni, weszła jeszcze na moment do gabinetu mamy.

Kasiu,

nie umiem pisać maili. Nie wziąłem ładowarki do telefonu. Rodzina mi nie pozwala siedzieć przez weekend przy komputerze. Musiałem przekupić 10-letniego kuzyna.

To co na tabliczce, jest nadal aktualne. Bardzo aktualne. Bardzo, bardzo, baradzo. Bardzo, bardzo, baradzo.

Kacper daje znać, że ciocia się zbliża.

Zadzwonię w poniedziałek.

A

Czytała ten list już pewnie po raz setny, ale za każdym razem, kiedy przechodziła koło komputera, musiała go przeczytać jeszcze raz. Mama byłaby zła, gdyby wiedziała, że zostawiła maszynę włączoną na cały dzień, ale na szczęście była zbyt zaaferowana wyjściem na cmentarz i uroczystym obiadem. Dzięki temu Kasia mogła każdą wolną chwilę spędzać wpatrując się w tekst na ekranie - nawet jeśli znała już go na pamięć, każde słowo i każdą literówkę.

– Kasiu! Wstawisz też wodę na kawę, jak już tam jesteś?

– Wstawię. Idę, idę.

Poniedziałek, 2 listopada

Obudziła się czując się nieskończenie szczęśliwą. Czuła, że na twarzy ma wciąż głupi uśmiech. Z radością omiotła wzrokiem swoją pogrążoną w półmroku sypialnię urządzoną w nowoczesnym ikeowym stylu. Ach, jak przyjemnie spać w swoim własnym łóżku! We własnym mieszkaniu!

Wszystko w niej w środku tańczyło. Miłosnym wzrokiem spojrzała na budzik, przywykły raczej do pełnych nienawiści spojrzeń. 7:00. Pracę zaczynała dopiero o dziewiątej. Rozkosznie przeciągnęła się w łóżku, wiedząc, że może sobie pozwolić na dowolnie długie wylegiwanie. Wcale nie chciało jej się dalej spać, rzeczywistość była piękniejsza niż sen. Adaś. Adaś. Adaś. Nie widziała go, ani nie rozmawiała z nim od tej chwili przy torach, ale cały czas był w jej myślach. Adaś, Adaś, Adaś. Miała jakąś taką dziwną pewność, że powiedzieli sobie dokładnie to co trzeba i że teraz już zawsze będą razem.

Z radością myślała nawet o poniedziałkowym planowaniu, które zwykle chciała mieć jak najszybciej za sobą. Jak co tydzień Szumowski gromadził wszystkich w jednym pokoju i, wbrew nazwie spotkania, bardziej skupiali się na omawianiu postępów projektu w poprzednim tygodniu niż zastanawianiu, co robić w następnym. Uczestnicy mieli świadomość, że wygranie przetargu na informatyzację ministerstwa finansów to dopiero początek pracy. Kasia ostatnio całe dnie spędzała w rządowym gmachu rozmawiając z osobami, które decydowały, co znalazło się w Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia. Teoretycznie startując do przetargu oświadczali, że są w stanie wykonać, to co jest przedstawione w SIWZ-ie, ale dopiero kiedy ich oferta została wybrana, mogli się ostatecznie przekonać, na co się porwali. Czasem Kasia z przerażeniem myślała o ilości pracy, która czeka Adama i innych programistów.

Ale dziś była pełna radosnego oczekiwania. Wszystko się na pewno uda, świat jest piękny!

Telefon zadzwonił kiedy wychodziła z łazienki. Owinięta w szlafrok, z mokrymi potarganymi włosami i mokrym ręcznikiem w ręku odebrała komórkę.

– Katarzyna Szklarska, słucham – powiedziała swoim najbardziej urzędowym głosem. Nie spojrzała, kto dzwoni, ale po sygnale poznała, że to któraś z ich firmowych komórek.

– Kasiu? – głos Adama był inny niż zwykle. Jakiś taki bardziej niepewny. – Nie obudziłem cię?

– No coś ty, już dawno nie spałam! Och, jak dobrze, że dzwonisz! Jak wizyta u rodziny? – roześmiała się, choć wcale nie czuła się do końca swobodnie. Nagle obleciał ją strach, że może się pomyliła, że może źle coś zrozumiała, że może...

– Czy ty jesteś chora? Katar, kaszel, cokolwiek co można by podciągnąć pod świńską grypę?

– Nie, dlaczego? W każdym razie nie zauważyłam.

– Nic a nic się nie zaraziłaś? – spytał, jakby z odrobiną żalu.

– Co...

– No trudno – przerwał jej. – W takim razie nie pozostaje nam nic innego jak anulować moje zwolnienie. Możemy je komisyjnie podrzeć na kawałki. Przy śniadaniu?

– Śniadaniu? Moja lodówka jest pusta, nie miałam kiedy zrobić zakupów!

– Ha! Mam słoik sałatki od cioci Grażynki i kanapki z szynką. Dostałem na drogę, ale wyjechaliśmy o piątej, pędziłem szybko, nawet nie zatrzymywałem się nigdzie na kawę. Tylko rodziców wysadziłem po drodze. Będę za pięć minut, co?

– Bądź. Nie, czekaj, ja nie zdążę się nawet ubrać...

– Będę za dwie minuty.

Rozłączył się. Kasia rzuciła się do łazienki, nie wiedząc czy najpierw czesać włosy, malować się czy ubierać. Niezdecydowana miotała się przez chwilę między sypialnią a łazienką, aż wreszcie zatrzymała się w kąciku garderobianym. Szybkim ruchem zrzuciła szlafrok, komoda, pierwsze z brzegu majtki, czarna spódnica, o, ma plamę, trudno, może nikt nie zauważy, biały sweter, nie pasuje, będzie wyglądała jak uczennica na akademii... Dzwonek do drzwi.

Pobiegła, sprawdzając po drodze, czy na pewno jest ubrana. Bosą stopą kopnęła leżący na podłodze ręcznik i otworzyła zasuwę.

W progu stał Adam. W jednym ręku trzymał plastikową reklamóweczkę z jakimś pakunkiem, w drugiej litrowy słoik sałatki przewiązany grubą czerwoną kokardą.

– Wyglądasz ślicznie. W ogóle jesteś najpiękniejsza na świecie.



KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz