poniedziałek, 12 października 2015

Wszystkich Świętych 2/4

***

Adam siedział w kuchni przy rodzinnym stole i z obrzydzeniem wpatrywał się w rozmiękłe płatki pływające w mleku. Podniósł łyżkę, ale z bliska breja wyglądała jeszcze mniej apetycznie. Bezmyślnie gmerał w talerzu. Myślał o tym, jakby to było miło siedzieć teraz w kuchni u Kasi i pić zaparzoną przez nią herbatę. Kawa albo piwo, herbata jest dla bab, zawsze tak mówił. Ale herbata u Kasi, to zupełnie co innego. To nie napój, to ceremonia. Zawsze z taką dziecinną dumą pokazywała mu swoją kolekcję różnych smaków. Nie rozróżniał ich. Wybierał losowo jeden z proponowanych rodzajów, wiedząc, że jedyna odpowiedź, której gospodyni nie znosi, to „zrób dla mnie jakąś zwyczajną”. Udawał więc, że się namyśla, wybierał, a potem zachwalał.

Zastanawiał się czasem, czy gdyby pocałował Kasię, to poczułby smak herbaty. Zawsze tak sobie to wyobrażał. Dlaczego sobie tylko wyobrażał? Dlaczego nigdy jej nie pocałował?

Znał Kasię tyle lat... Chociaż podstawówka się nie liczy. Wtedy byli dzieciakami, rzucali w siebie kulkami z papieru, grali razem w piłkę na podwórku i kradli porzeczki od sąsiadów. Nie liczy się. Uśmiechnął się na wspomnienie chwili, gdy spotkali się ponownie, w zeszłym roku. Obydwoje zagubieni w ogromnym gmachu. Tak naprawdę Adam nie był zagubiony, tylko przeraźliwie śpiący, bo dzień wcześniej oglądali z bratem filmy do późnej nocy, ale na zewnątrz wyglądało to podobnie. Zderzyli się na portierni oddając rzeczy do szatni. Nawet, starsza pani, która zachowywała się tak, jakby przepracowała między płaszczami całe życie, roześmiała się widząc ich zaskoczone miny.

Nie wiedział, co Kasia sobie myślała. On pomyślał "O, cholera. Ale ona jest śliczna!"

Nadal nie wiedział, co Kasia sobie myśli. A może nie chciał tak naprawdę wiedzieć? Może dobrze dobrze mu było z tym, że była cały czas blisko i bał się, żeby jakimś nieopatrznym ruchem jej nie spłoszyć? W zeszłym roku chodzili razem na angielski, teraz spotykali się na stołówce, ostatnio to prawie codziennie. Kasia miała swoje ulubione miejsce w samym rogu i często się tak składało, że któreś obok było też wolne. Jak rozmawiali o codziennych sprawach, było dobrze. Ale jeśli tyko przez przypadek rozmowa zeszła na jakieś bardziej romantyczne tematy, Kasia się zaraz zjeżała i wyraźnie starała się zachować dystans.

Gdy trzeba było coś przygotować na następny dzień, czasem spotykali się u niej w kuchni. Było miło i ciepło i jakoś tak, intymnie? Ale dokładnie w tym momencie, kiedy mógłby znaleźć wreszcie odpowiedź na swoje herbaciane pytanie, Kasia robiła się strasznie formalna i wracała do tematu sum, funkcji i wykresów. Raz byli razem w kinie, na "Janosiku". Kiedyś przy obiedzie długo rozmawiali o filmach, które chcieliby zobaczyć.

– Tarantino.

– Nowa wersja "Rozważnej i romantycznej".

– Galerianki.

– Dom nad rozlewiskiem.

"Janosik" był zgniłym kompromisem. W sumie może to i lepiej, że film nie był do końca w jego stylu, bo i tak cały seans myślał tylko o tym, że Ona siedzi obok, i że jest tak miło, ciemno, i że może powinien... Głupi! W drodze do domu, odprowadził ją przecież, opowiadała mu tylko o tym, co Paweł powiedział o jakimś filmie, co Paweł myślał o festiwalu w Gdańsku i skąd Paweł miał karnety. Nienawidził go w tym momencie, naprawdę nienawidził, choć normalnie to całkiem fajny facet.

Albo na wyjeździe. Reszta siedziała przy ognisku, a oni sobie spacerowali wolno po ośrodku, wdychając zapach dymu, sosnowych igieł i starając się nie podchodzić za blisko do żadnego z domków letniskowych. Nie wiedział, ile czasu tak spędzili, błąkając się pomiędzy drzewami. Godzinę? Pięć? Znaleźli taką mikroskopijną polankę, z której widać było fragment nieba i licytowali się znajomością gwiazd, kłócąc się, który ze świecących punkcików jest alfą, a który gammą. Opowiadali sobie tym, co chcieliby w życiu osiągnąć. Nawet nie żałował, że omijają go kiełbaski i piwo, dopóki... Eh, nieprawda. Nie żałował tego spaceru ani trochę, nawet pomimo że na koniec Kasia powiedziała, nie pamiętał jak to dokładnie ujęła, ale jakoś tak, że nie widzi wokół siebie nikogo, w kim byłaby w stanie się zakochać.

– Brat, co ty? Znicze jesz? Umarłeś już?

Adam rozejrzał się dookoła. Cały stół był zastawiony zgrzewkami z czerwonymi światełkami. Musiał je trochę przesunąć, by móc ustawić swój talerz, ale potem całkowicie o nich zapomniał. O zupie mlecznej też zresztą zapomniał. Spojrzał na białą ciecz i zrobiło mu się dziwnie niedobrze.

– Nigdy nie jedz wosku. Ani parafiny – ostrzegł Bartka. – To niezdrowe – powiedział i wyszedł na chwilę z kuchni by wylać to co zostało na talerzu.

– Co ty taki smutny? Potłukłeś się na treningu? – spytał wracając.

– Wszyscy w gimnazjum mówili, że będziemy mieć wolne w poniedziałek, skoro święto jest w niedzielę. A Telo dziś mi powiedział, że to nieprawda, i że dyro kazał sprawdzać obecność. Że nasze gimnazjum pracuje normalnie, a Kraszewskiego ma wolne, bo odrobili w którąś sobotę. Czy to sprawiedliwe?

– Ej, ja też nie mam wolnego.

– Ty! Ty to jesteś szczęściarz, ty jesteś chory. Tobie się zawsze wszystko udaje. No właśnie, a propos pecha. Słyszałeś o młodym Olesiaku?



Czytaj dalej (do końca już niewiele zostało ;) )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz